poniedziałek, 2 stycznia 2012

Fucking nightmare or Sweet Dreams?! (Aoi x Kai)



„Hikarabita machi yase kogareta norainu oita hifu musaboru kodomo no mure
muryoku na ai no te wo sashinobeteru haritsuke no jyakusha wa itta.”

Nie! Błagam! Każdy tylko nie on!- moje myśli kłębiły się i zbijały w najczarniejsze scenariusze, kiedy w porannych wiadomościach usłyszałem, że bus koncertowy The GazettE rozbił się o drzewo i zginęła w nim jedna osoba, a reszta ranna trafiła do szpitala. Byłem roztrzęsiony. Mój mózg przepełniony informacjami i emocjami przestał pracować, tak więc podświadomie zabrałem ze stolika kluczyki i już chwilę później pędziłem podstarzałą Hondą w kierunku szpitala, do którego zostały przewiezione ofiary wypadku.
Drogę, która normalnie zajmowała pół godziny tym razem pokonywałem w zawrotnym tempie i już niecałe dziesięć minut później zahamowałem ostro z piskiem pod dużym białym budynkiem.
Nie bawiłem się nawet w prawidłowe parkowanie. Po prostu wyskoczyłem z samochodu i popędziłem ku głównemu wejściu. Kiedy wpadłem do środka od razu ruszyłem w kierunku rejestracji.
- Dzień dobry. W czym mogę panu służyć?- pielęgniarka siedząca za biurkiem patrzyła na mnie z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem. Była  obrzydliwie szczupła, na jej twarzy widniał okropnie jaskrawy makijaż, który skutecznie odwracał uwagę od jej połomiennorudych włosów oraz zapadniętych ze zmęczenia oczu. Kobieta ta na oko miała około czterdziestki.
- Wie pani może coś na temat osób przywiezionych z wypadku busa koncertowego zespołu The GazettE?- spytałem na jednym wydechu
- Kolejny jebany reporter! Wypierdalać mi stąd! Ale już!- kobieta zaczęła wrzeszczeć na mnie i wykonywać rękoma gesty jak by odganiała od siebie jakieś dzikie zwierzę.
- Żaden reporter, tylko przyjaciel…- zacząłem, jednak rudowłosa wtrąciła- tak, tak… ja znam  te wasze przyjaźnie! A później ludzie oskarżają szpitale o wycieki informacji…
- No dobrze… jak pani sobie chce.- powiedziałem zrezygnowany, a do moich oczu zaczęły napływać łzy.- ja mówię prawdę, ale skoro pani mi nie wierzy to sobie pójdę, tylko niech powie mi pani chociaż kto zginął. To dla mnie bardzo ważne.- patrząc kobiecie w oczy poczułem jak słone krople uwalniają się z pod moich powiek i pozostawiają mokre ścieżki na moich policzkach.
- No dobrze- pielęgniarka spojrzała na mnie z politowaniem- Tylko niech pan mi poda swoje nazwisko.
- Shiroyama. Yuu Shiroyama- odpowiedziałem cicho
 - No więc w wypadku zginął…
-Yutaka Uke ?!- przerwałem jej nie mogąc wytrzymać napięcia, które powstało.
-Panie! To pan wie lepiej ode mnie tak?!- zapytała rozłoszczona
-NIE!- krzyknąłem, jednak okazało się, że kobieta po prostu siliła się na ironię gdyż powiedziała- Nie, w wypadku nie zginął Yutaka Uke tylko Kouyou Takashima , a pan następnym razem jak będzie się o coś pytał, to niech pan nie przerywa.
-Dziękuję pani bardzo!- krzyknąłem i ucałowałem kobietę, a po moich policzkach zaczęła spływać kolejna fala łez. Tym razem łez ulgi.
-Nie ma się pan co cieszyć!- powiedziała oschle pielęgniarka odpychając mnie od siebie- ten pański Uke leży na oiomie w bardzo ciężkim stanie. Zaraz ma do niego przyjechać nażeczona, więc niech się pan pośpieszy, jeżeli nie chce pan narobić mu problemów małżeńskich. Sala 137, trzecie piętro po lewej.
- Dziękuję pani bardzo!- już miałem odejść rozradowany, jednak wróciłem się na chwilę żeby jeszcze zapytać o jedną intrygującą mnie rzecz.- O co pani chodzi z tym małżeństwem?
- A co Pan myśli?! Że ja ślepa jestem i nigdy zakochanego po uszy człowieka nie widziałam?! Bije od pana miłością do tego faceta na kilometr! Z resztą już wcześniej, jak przywieziono Pana Uke tutaj, ten szeptał tylko „Yuu. Yuu. Aoi. Powiedzcie mu, żeby się nie martwił. Powiedzcie, że go kochałem i zawsze będę kochać”. Ale ja tam się w te wasze pedalskie zagrywki nie mieszam, a teraz Pan będzie uprzejmy, ale muszę wypełnić karty pacjentów.- kobieta delikatnie próbowała mnie spławić.
W zasadzie rudowłosa pielęgniarka powiedziała mi wszystko co chciałem wiedzieć, tak więc bez słowa oddaliłem się w kierunku Sali w której leża mój ukochany Kai .
Kiedy wszedłem na oddział moje oczy  uderzyła fala niesamowicie białego światła bijącego z jarzeniówek. Do moich uszu natomiast dochodził dźwięk aparatury szpitalnej, który to tępo odbijał się w moim mózgu i wywoływał u mnie niemal fizyczny ból rozrywający mnie od środka.
Podszedłem do łóżka, na którym nieruchomo leżał mój przyjaciel, usiadłem obok niego i ująłem jego dłoń w swoją. Szczerze mówiąc miałem wyjebane, na to, czy Sue się o nas dowie czy nie. Teraz liczył się jedynie Kai , liczyło się to, żeby przeżył. Dopiero teraz tak naprawdę zdałem sobie sprawę z Tego, jak bardzo kochałem tego mężczyznę, jak bardzo byłem od niego uzależniony. On był moim powietrzem, bez niego nie było dla mnie miejsca na tym świecie. Bo czy widział ktoś, kiedyś człowieka, który potrafił by żyć bez powietrza? Mijały minuty, które dla mnie ciągnęły się jak godziny.  Wpatrywałem się w Kai’a błagając los, by mężczyzna w końcu się wybudził. Nagle poczułem, że poruszył palcami, po czym delikatnie otworzył oczy.
-Aoi- wyszeptał ledwo słyszalnie- pamiętaj, że zawsze, będę z Tobą skarbie. Nigdy Cię nie opuszczę. Będę Twoim Aniołem Stróżem Yuu.- kontynuował z trudem łapiąc oddech i przełykając ślinę.
- Kai co ty pieprzysz?! Jakim Aniołem Stróżem?! Przecież ty z tego wyjdziesz cało!- zacząłem szlochać czule głaszcząc mojego kochanka po policzku.- Obiecałeś, że się mną zaopiekujesz.

„God of death is calling me…
God of death sings the last song.”
-Obawiam się Aoi, że będę musiał złamać obietnicę.-zaczął, po czym kontynuował słabym głosem- kochanie, ja to po prostu czuję. Właśnie teraz nadszedł mój czas, śmierć wzywa mnie do siebie, Yuu.- po jego policzkach zaczęły spływać słone krople, głos cichł a on sam coraz słabiej trzymał moją dłoń.
-Nie! Błagam Kai! Ja Zrobię Wszystko co trzeba, tylko żyj!- spazmatyczny płacz sprawiał, że co raz trudniej było mi złapać oddech.
- Nic już nie da się zrobić Yuu. Ja umieram…odchodzę.- wyszeptał patrząc na mnie przez zapłakane oczy.- Jest tylko jedna rzecz, którą możesz teraz dla mnie zrobić.
-Jaka?! Zrobię wszystko co zechcesz- wyszeptałem przybliżając się do chłopaka.
- Pocałuj mnie.- szepnął.
Nie chciałem tego, wiedziałem jednak, że to musi nastąpić. Ostatni pocałunek, pocałunek śmierci. Ten czuły gest miał nas rozdzielić na wieki. Nachyliłem się nad mężczyzną i nakarmiłem swe nozdrza jego słodkim zapachem, po czym dotknąłem swoimi rozedrganymi wargami jego ust. Były miękkie, ciepłe i słone od łez. Yutaka odwzajemnił czułość po czym wyszeptał z uśmiechem na twarzy-Kocham Cię Aoi. Nie zdążyłem mu jednak nic odpowiedzieć. Jego głowa bezwładnie opadła na poduszki, a aparatura wydała z siebie jeden przeciągły dźwięk, dając znać, że mój ukochany odszedł do zaświatów. –Ja Ciebie też Kai. Ja Ciebie też…- powiedziałem do pustej Sali głośno szlochając.
- On na pewno o tym wiedział- poczułem na ramieniu czyjąś dłoń.
- Sue?!- spytałem zdziwiony- ale… ty o nas wiedziałaś?
-Tak. Widzisz, byłam nażeczoną Kai’a, ale przede wszystkim byłam jego przyjaciółką. Ufał mi na tyle, że gdy pojawiły się już pierwsze oznaki jego uczuć do Ciebie, od razu się do tego przyznał, a ja mu pomogłam. Pozostawaliśmy nażeczeństwem jedynie dla dobra zespołu.
„mou kore ijou oite ikanaide
"semete..."
sayonara wo nigiri nemuru watashi no
honokana netsu wo tabako no you ni keshite
kaeranai hibi wo aishita hito yo.”
-Ale…. – do moich oczu napłynęła kolejna, silniejsza fala łez.- Wybacz Sue, ale muszę iść…nie mogę… nie mogę- nie dokończając zdania jak najszybciej wybiegłem ze szpitala. Nie obchodził mnie krzywo zaparkowany wcześniej samochód, pragnąłem jednego… Znów usłyszeć radosny śmiech Kai’a, znów zobaczyć ten błysk w jego oczach, który zawsze towarzyszył mu podczas koncertów. Ale tego już nigdy miało nie być. Już nigdy miało nie być Yutaki Uke.
“Psyche toke dashi Frozen furue saki dasu Flower
Sensitivity sen kirete kurikaesu Split
Cold wind disappoints me
My nervous bad habit
The vicious circle doesn't stop”
Biegnąc ile sił w nogach nie zwracałem nawet uwagi na deszcz, który zaczął padać mieszając się z moimi łzami goryczy.  
Kiedy w końcu wpadłem do mieszkania jak najszybciej udałem się do łazienki w poszukiwaniu apteczki. Leki przeciwbólowe, leki antydepresyjne, amfetamina, którą kiedyś kupiłem „na czarną godzinę”. Zgarnąłem wszystko i udałem się do salonu. Wyciągnąłem z barku butelkę Jacka Dannielsa. Wyrzuciłem na stolik wszystkie nasze wspólne zdjęcia i puściłem film z naszymi cudownymi chwilami, który to Kai zmontował dla mnie jako prezent na Święta. Nasze ulubione piosenki, cudowne momenty z koncertów, żarty, zabawy, czas podróży, imprezy. Łzy spływały po moich policzkach w co raz to większych ilościach, a ja sam zacząłem karmić się preparatami farmakologicznymi, alkoholem i wspomnieniami. Wspomnieniami naszego chemicznego, jednak jakże cudownego romansu. Zacząłem żałować, że odszedłem z zespołu, że nie było mnie przy nim w ostatnich miesiącach jego życia. Czułem, że to ja powinienem być dzisiaj na jego miejscu. Wyszedłem z domu i popijając leki alkoholem skierowałem się w stronę mostu. Po moich policzkach cały czas płynęły łzy. Przeszedłem na drugą stronę barierki i jak gdyby nigdy nic skoczyłem.


***
-Aoi! Aoi! Aoi do cholery obudź się!- usłyszałem głos mojego ukochanego przez co zaniosłem się jeszcze głośniejszym szlochem. Zacząłem się wiercić i wtedy to się stało. Wszystko powoli zaczęło do mnie docierać. Kai tulił mnie do siebie jak dziecko tłumacząc, że to co miało miejsce przed chwilą, było tylko koszmarem, złym sen, który nie miał miejsca w rzeczywistości. Że podczas snu spadłem z łóżka i go tym obudziłem. – Kai- szepnąłem wtulając się w klatkę piersiową perkusisty. – Hai? Zapytał czule.
- Właściwie jak się tutaj znalazłeś?
- Dzisiaj w nocy zadzwonił do mnie Miyavi i powiedział, że jesteś u niego zalany i z gorączką. Powiedział, że po pijaku siedziałeś kilka godzin na śniegu przy fontannie w parku i zgarnął Cię stamtąd, bo byś zamarzł na śmierć. Aoi, martwiłem się o Ciebie.
- Kai, ja naprawdę… -aaaapsik!- nie wiem co ja mam robić. Czuję się taki bezradny.
- Wobec czego?- zapytał zmartwiony.
- Wobec wszystkiego. Nie wiem czego chcę. Nie wiem co mam robić. Zastanawia mnie co tutaj robisz, skoro się pokłóciliśmy i zwyzywałem Cię od najgorszych. Dlaczego nie potrafię wyjawić Ci prawdy. Dlaczego…- Ciiii- mężczyzna nie pozwolił mi dokończyć, przytykając swój palec do moich ust.- Powoli, za dużo pytań na raz. Zacznijmy po kolei. Odpowiem na te, które zadałeś, a dopiero później zdecydujesz, czy chcesz pytać dalej. Czego chcesz? Nie wiem, czego chcesz, ale wiem, że na pewno nie chcesz odchodzić z zespołu. Co tutaj robię? Próbuję Cię uspokoić. Co do prawdy, to może dlatego, że za bardzo Ci na mnie zależy. A z tym co masz robić to sam wiesz co powinieneś teraz zrobić.- Powiedziałeś z szelmowskim uśmiechem na twarzy, po czym musnąłeś moje usta swoimi.- Nadal chcesz atakować mnie seriami pytań?- spytałeś wrednym głosem
-Oh pierdol się Kai!
- Z Tobą zawsze i wszędzie Aoi!
-Że co?!
- Gówno!
-Kai?!
-Tak, tak Aoi! Ja Ciebie też kocham!
- Ej.. ale teraz, to ty tak na poważnie?
-A jak myślisz filozofie?
- Nie wiem, ale ja Ciebie tak.
- Ale, że co tak?
- No kocham Cię.
- Ummm… w końcu.
- Co w końcu?!
- Tak trudno było to powiedzieć?
-Ale co?
- Kocham Cię. Czekałem na to yyy…. Om dość dłuuuugo!
-Że Co?!
„Sungeki zecchou no saijoukai
Sugu soko de waratte ruyoude”
-Oj Aoi! Weź już nie pirdul i choć się całować.- po tych słowach delikatnie wpiłeś się w moje usta. Naszym czułościom nie było końca. Po chwili zszedłeś ustami na moją szyję, by zaraz zdjąć ze mnie koszulkę i obsypać pocałunkami moje obojczyki, klatkę piersiową, brzuch. Nasze rozpalone ciała, czuły dotyk, przyśpieszone oddechy. Delikatnie wszedłeś we mnie. Obchodziłeś się z moim ciałem w niesamowity sposób. Oddawałeś mu najwyższą cześć i pożądanie. Twoje ruchy były spokojne niczym ruch fal na oceanie. Kiedy przyzwyczaiłem się już do Twojej obecności we mnie przyśpieszyłeś. Każdy Twój ruch sprawiał mi coraz większą rozkosz.
“The beautiful devil on the bed
Tempt me by masturbation
The beautiful devil on the bed
Let's have sex in darkness.”
Namiętny seks. NIE! To nie był zwykły seks, to była Namiętna Miłość. Tak kochaliśmy się, a nie zaspakajaliśmy. Zacząłem krzyczeć Twoje imię, na co Ty zagłuszyłeś mnie namiętnym pocałunkiem. Doszliśmy w tym samym momencie. Ty We mnie, a ja na Twój brzuch. Położyłeś się obok, a ja się w Ciebie wtuliłem.
- Kai?- zacząłem niepewnie jak małe dziecko.
-hmmm Aoi- Chan?
- Powtórzymy to jeszcze kiedyś?
- Hai, pod warunkiem, że mi coś obiecasz.
- yhy?
- Zostaniesz w zespole.
- Dobrze. A ty zostaniesz przy mnie?
- Oczywiście, że tak. W końcu Cię Kocham, więc raczej nie mam wyjścia kochanie.- zaśmiałeś się, po czym znowu mnie pocałowałeś.


1 komentarz:

  1. Good na początku jak czytałam tą śmierć Kai'a to po moim policzku zaczęły spływać łzy
    A przy końcówce się rozmarzyłam
    Dziękuję za ten shot zwłaszcza, że był on z moich najukochańszym partenrigiem w The GazettE
    Kai i Aoi do siebie pasują i to bardzo

    OdpowiedzUsuń