sobota, 5 lipca 2014

Kagerō wa tonda. かげろうは飛んだ。 (Daisuke x Kyo Patr 2)

długo.... i nie wiem co mogę w zapowiedzi napisać.
ehh.. boli mnie ząb. tak bardzo mi źle. miało to wyglądać inaczej.
ale wygląda tak. wiem, nie umiem pisać. :< 
wyszłam z wprawy. 

dedyk dla mojej synowej, co to zaproponowała mi porobienie czegoś, żeby oderwać się od bólu.

- Kyo, adwokat Daia do Ciebie- mruknął Shinya  nachylając się nade mną
- Adwokat? - zapytałem, leniwie przecierając oczy
- No tak. Mówi, że ma dla Ciebie coś bardzo ważnego. 
- To Dai nie mógł mi sam tego dać? 
- Jak? Przecież on jest w Tokyo, a my w Sapporo? Kyo czy ty czasem myślisz?- Shin zaśmiał się i potargał mi włosy. Bardzo tego nie lubiłem, jednak nie umiałem się na niego gniewać. - Dobra, niech zostawi to i spada. Nie mam teraz czasu...aaaaa! Kaoru nas zajebie! Za dziesięć minut zaczyna nam się próba przed dzisiejszym koncertem. 

Pośpiech. Spóźnienie. Kłótnia. Próba. Tak właśnie przebiegła mi reszta najgorszego dnia w moim życiu.
Następnie koncert. Duży koncert. Sapporo, to jest coś. Początek. Jest dobrze. Przerwa w środku...
I masakra. Mój koszmar się zaczyna. Telefon od Hizumiego, że ten znalazł Daia martwego... ZARAZ KURWA CO?! MÓJ DAISUKE. MOJE POPIERDOLONE DZIECKO.... ŻE KURWA CZEGO NIE ROBI?!  Nie, ja tego nie rozumiem. Słowa docierają do mnie niewyraźnie. Mam Ciemno przed oczami. Nie ogarniam. Nagle przypomina mi się o liście. Patrzę na Shinyę. Trzyma kartkę w ręku. Czyta  i płacze. Podbiegam. Wyrywam mu ją z ręki. Sam zasczynam czytać. I czuję ból, który zaczyna rozprzestrzeniać się po moim Ciele z prędkością Shinkansenu. List był pisany wczoraj. Ale jak to....

"Tokyo, 14.07.2010r

Pamiętasz? Tak jakoś się złożyło, że się zaprzyjaźniliśmy. Pomogłeś mi wyjść z depresji. Dałeś nowego ducha. Nowe życie. Pokazałeś nową drogę w życiu. Obudziłeś nadzieję. Sprawiłeś, że stałem się szczęśliwszym człowiekiem. Dzięki Tobie założyłem własny zespół. Najpierw Kagerou. Teraz the studs i Daisuke to kuro no injatachi. (WIESZ! ZA DWA TYGODNIE WYDAJĘ NOWĄ PŁYTĘ.)  A później ja przez własną głupotę to wszystko zmarnowałem. Bo wiedziałem, że mi nie wolno, a mimo wszystko to zrobiłem. Zakochałem się w Tobie, mimo że już w momencie naszego poznania, Ty byłeś z perkusistą swojego zespołu.
Teraz już sobie nie radzę. To zbyt boli, ale przecież nie powiem Ci tego w twarz, bo wtedy zniszczę całą naszą znajomość. W pewien sposób Cie unieszczęśliwię. Unieszczęśliwię Was obu. I po co tu komu trzy ofiary, skoro może być tylko jedna? Nie powiem Ci, ponieważ za bardzo Cię kocham Kyo. I za bardzo polubiłem Shinyę. Obaj tworzycie idealną parę.  Związek, o którym ja mogę pomarzyć. Bo nie chcę nikogo poza Tobą, a Ciebie mieć nie mogę. Ba! Mimo marzeń, w tym momencie nawet nie chcę. Bo Wiem, że chucherko od garów załamało by się totalnie… Przecież wiesz. Mieliśmy tego najlepszy dowód jakieś dwa miesiące temu, jak się pokłóciliście. On tak kurewsko Cię kocha. I to mnie cieszy. To mi wystarczy. Bo mogę być spokojny. Że zostawię Cie w Dobrych rękach.  Że jak już zniknę, On zajmie się Tobą należycie.  Bo widzę, że przy nim zaznajesz choć odrobinkę szczęścia.  Bo Cię kocham i chcę dla Ciebie jak najlepiej. Chcę jedynie twojego szczęścia. Pragnienie Twojego dobra przewyższyła zwyczajny ludzki egoizm. Sprawiła, że nie chcę Cię mieć. Chcę żebyś był. I Żył jak najszczęśliwiej.  A widzę, że w końcu życie ułożyło Ci się perfekcyjnie.
Dlatego chciałbym się pożegnać.  Ponieważ chcę zniknąć. Chcę nic nie czuć. Bo im większą miłość czuję, tym większy ból rozrywa moje serce.

Dlatego żegnaj.
p.s.
Pamiętaj, że kocham.
Jak Shin się nie wywiąże, to zrobię mu niezłe Paranormal Activity.

Daisuke." 


KURWA NIE OGARNIAM! CO TU SIĘ DZIEJE. KURWA, OCHIDA! WYŁAŹ! ZNOWU SOBIE ZE MNIE JAJA ROBISZ. ALE PAMIĘTAJ, ŻE JAK CIE JUŻ DORWĘ TO RUSKI MIESIĄC POPAMIĘTASZ. BO MNIE SIĘ TAK NIE STRASZY! - czuję jak Shin z Kaoru próbują mnie uspokoić, ale nie dają rady.  Do pomocy więc przychodzą Die o Tocchi. I we czterech ledwo dają radę mnie usadzić. Wiadro zimnej wody postawiło mnie nieco na nogi. Jednak wiem jedno. Nie dam rady dokończyć tego jebanego koncertu.  Mogę zagrać jedną piosenkę. Więcej nie dam rady. Mogę zagrać tylko Mushi. 

Moje serce się zamyka, rozpadnie się na części. 
Dzień za dniem duszę w sobie łzy, śmiejąc się. 
Moje serce kazało mi w to wierzyć. 
Zabiło mnie moje serce.





wtorek, 12 marca 2013

sen ( Tadashi x Ryutaro)(Pura)


List po części stworzony na podstawie pewnego spotkania. Całość inspirowana piosenkami Pury "Hello" i  " Sangatsu Itsuka"  i moim dziwnym nastrojem, który podczas pisania uległ polepszeniu dlatego Hapy End, choć zaczęłam pisać z wizją śmierci.

Dedykacja... Dla Grey, żeby się odwdzięczyć za małe coś, co poprawiło mi humor. Sorry stara, wiem, że wyszło mi to strasznie pedalsko... ;<  i wczytaj się w list Ryutaro, to będziesz znała moją inspirację dokładnie i wtedy już nie będę musiała tłumaczyć Ci wielu rzeczy.
enjoy.



Tada negatteta, urei ga kieteiku you ni
Kouka wa nai kedo
Nyuuin shitai, tsuki no byouin
Ashita niwa mou, kaketeiku kara


Wiesz dlaczego nienawidzę siebie? Bo jestem słaby. Tak, jestem słaby i przez to często popełniam błędy. Bo ulegam swoim pragnieniom. Są to błędy, za które płacę zbyt wysoką cenę. Błędy, przez które cierpię bardziej, niż przed ich popełnieniem.
Tak samo było też w tym przypadku. Cierpiałem, a moim błędem było to, że do Ciebie zadzwoniłem i poprosiłem o spotkanie. A Ty... Ty się zgodziłeś, mimo że nie widzieliśmy się dość długo. Jaki był mój motyw? Powiedziałem Ci, że po prostu się za Tobą stęskniłem. Kłamałem. Tak naprawdę chodziło o coś bardziej znaczącego. Chodziło o to, że mimo iż spotykaliśmy się dość rzadko, a rozmawialiśmy też nieczęściej, to nasza przyjaźń trzymała się lepiej, niż niejedna przyjaźń wypełniona imprezami, wypadami na piwo, rozmowami czy ogólnie wspólnym życiem. To była niezwykła przyjaźń, gdyż do szczęścia potrzebowaliśmy niewiele. Nie musieliśmy nawet rozmawiać. Wystarczyło, że siadaliśmy wtuleni w siebie na ławce w parku, albo przy torach.
I wtedy świat stawał się lepszy...chociaż nie,świat wtedy przestawał istnieć. I to aż dziwne, ale mimo iż w ogóle mnie nie pociągałeś pod względem fizycznym, ani nie darzyłem Cię TYM konkretnym rodzajem miłości, to było mi wtedy cholernie dobrze. Skąd wiem, że to były jedyne takie momenty? Bo tylko wtedy, gdy byłem wtulony w Ciebie i czułem Twoje ciepło, marzyłem żeby czas się zatrzymał i już nigdy nie ruszał z miejsca. Bo tylko wtedy tak naprawdę czułem się wolny i bezpieczny.
I właśnie po to wtedy do Ciebie zadzwoniłem. Bo cały świat mnie zaczął przerastać, samotność zabijać coraz wolniej i boleśniej, a ja sam znowu potrzebowałem tego poczucia wolności i bezpieczeństwa. Wiem, to było cholernie egoistyczne zagranie z mojej strony, za co przepraszam.
Mam nadzieję, że mi wybaczysz mój egoizm i to, że wtedy kłamałem, mówiąc, że zależy mi na Tobie. Nie myślałem wtedy o tym, ani przez chwilę nie pomyślałem ani o Tobie, ani o Twoich potrzebach. Myślałem tylko o sobie i o swoim bólu egzystencjalnym.
A teraz...teraz płacę za to bardzo wysoką cenę. Okrutną cenę, która sprawia, że zaczynam wariować.
Bo czułość i bezpieczeństwo są jak narkotyk. Jeśli raz spróbujesz, zaczynasz chcieć więcej, a gdy znikąd nie możesz ich dostać, zaczynasz chcieć zasnąć...na zawsze, byle tylko nie czuć wybrakowania i bólu.
Nie obwiniam Ciebie za nic, jednak trzeba przyznać, że to Ty dałeś mi posmakować tych uczuć.
A teraz Cię nie ma i długo nie będzie, bo jesteś zbyt zajęty nagrywaniem nowej płyty i przygotowaniami do trasy. Dlatego już postanowiłem i wybrałem sen. Bo to właśnie on jest jedynym długoterminowym lekarstwem. Lekarstwem na moją samotność, która po spotkaniu z Tobą uderzyła we mnie ze zdwojoną siłą. Lekarstwem na zbolałe serce, zmęczony umysł i popierdolone myśli.
Teraz będę miał do Ciebie prośbę. Zawsze o mnie pamiętaj, czasem mnie odwiedzaj i nigdy nie smuć się z powodu decyzji, które podjąłem. A! I pamiętaj, że lubię frezje. Dowidzenia.

Zostawiłem list na Twojej szafce nocnej i cicho wyszedłem ciągnąc za sobą średniej wielkości walizkę.

Kanashimi mo sabishisa mo kieru kara
Ibasho nanka mou iranai
Kanashimi mo sabishisa mo kieru kara
Boku ga dashita tegami wa todoku kana?

~*~

-Sen, sen,sen... do cholery! Gdzie on się podział?!
  • Spokojnie Tadashi. Ryutaro napewno się znajdzie.
  • Tak myślisz?! A powiedz mi co rozumiesz, przez sformułowanie "Dlatego już postanowiłem i wybrałem sen. Bo to właśnie on jest jedynym długoterminowym lekarstwem."
  • SEN????! LEKARSTWO?! NO JASNE!
  • Co jest niby jasne?
  • Za dwa tygodnie trasa, Ryu olewa to totalnie i znika. To jest bardzo nieodpowiedzialne, a wręcz SZALONE.
  • Czy Ty myślisz, że...
  • Nie, nie umarł. Pojechał na leczenie.
  • Akira, ale co to ma wspólnego ze snem?
  • Jest taki ośrodek, dla osób, które delikatnie mówiąc postradały zmysły, który nazywa się SEN!
  • Dobra! Wiesz Gdzie to jest? Muszę się z nim zobaczyć! KONIECZNIE.
  • Dlaczego?
  • Ponieważ go kocham.- powiedziałem bawiąc się frezją, którą Ryutaro zostawił wraz z listem.- kocham i on musi się o tym dowiedzieć. Muszę mu powiedzieć.
  • Nie musisz.
  • Jak to?-spytałęm zdziwiony Akirę.
  • On już to wie.-odpowiedział mężczyzna, patrząc się w przestrzeń za moimi plecami, gdzie znajdowały się drzwi. Odwróciłem się i zobaczyłem stojącego w nich Arimurę ze łzami w oczach. Nie wiedziałem co zrobić więc po prostu podszedłem i mocno go przytuliłem. Wtulił się we mnie jak zagubione dziecko.-Już dobrze-powiedziałem chowając twarz w jego włosach. W międzyczasie Akira wyszedł więc mogłem już swobodnie porozmawiać z Ryutaro. Usiedliśmy na kanapie w salonie i zacząłem zadawać mu pytania - Dlaczego wróciłeś?
  • Wróciłem, ponieważ stwierdziłem, że tylko niewykonanie podjętej przeze mnie decyzji może mnie wyleczyć.- odpowiedział delikatnie uśmiechając się przez łzy.
  • I co? Udało się?
  • To była najlepsza decyzja w moim życiu Dashi. Dzięki niej zyskałem to, czego mi najbardziej brakowało.
  • To znaczy?
  • Miłość i ciepło, ale tak na stałe. I to co tam pisałem o tym konkretnym rodzaju miłości...kłamałem.
  • To proszę, nie kłam już więcej.
  • Dobrze. I teraz mogę powiedzieć szczerze. Tadashi, kocham Cię.- powiedział patrząc mi w oczy. Nie wiedziałem jak mam zareagować na to wyznanie, więc po prostu ująłem jego drobną twarz w dłonie i delikatnie musnąłem jego usta swoimi. Odpowiedział mi tym samym. Następnie niewinne muskania przemieniły się w dłuższy, czuły pocałunek, który następnie zamienił się w namiętny taniec naszych warg i języków. Pragnąłem niezmiernie jego ciała. Chciałem czuć ciepło jego skóry. Stało się. Pierwsza warstwa ubrani poszła w kąt. Całowałem go milimetr po milimetrze. Czoło, policzki,nos, oczy, broda, usta. Szyja, barki, ramiona, klatka piersiowa, brzuch. Następnie znów usta. Przerwałem. Wstałem, zaniosłem go do sypialni i rzuciłem na swoje ogromne łóżko. Później były już tylko nagość, przyśpieszone oddechy, czułość, namiętność, miłość,oddanie,a w końcu upragnione spełnienie i szczęście. Ryutaro leżał wtulony we mnie i cierpliwie czekał, aż jego oddech się ustabilizuje.- Tylko nigdy mnie nie zostawiaj-wyszeptał.
    - Obiecuję, ale ty też już nigdy nie uciekaj.- powiedziałem całując go w czoło i mocniej przytulając do siebie. Zasnęliśmy  wtuleni w siebie. Pełni miłości i nadziei na lepszą przyszłość. Wspólną przyszłość. Miłość jest jak narkotyk, jeśli raz jej spróbujesz, nigdy nie będziesz chciał przestać jej kosztować.   

niedziela, 10 czerwca 2012

Kagerō wa tonda. かげろうは飛んだ。 (Daisuke x Kyo Patr 1)

蜉蝣 wa tonda... pamięci 大佑 <3 
R.I.P kochany... 
Ze specjalną dedykacją dla mojej kochanej Grey, której zawdzięczam całą tę przygodę z Kagerou.

(mam nadzieję, że mnie zbytnio w szkole za to nie opierdolisz) <3 ;******






Nagle poczułem ostry ból w klatce piersiowej. Trwał on jednak chwilę, po czym przeniosłem się do krainy morfeusza. Nie wiedziałem jednak, że...

Kiedy się obudziłem, zobaczyłem klęczącego przy kimś Hizumiego. Nie rozumiałem co się dzieje, jednak postanowiłem podejść do niego i zapytać, dlaczego płacze. Kiedy znalazłem się bliżej przyjaciela i chciałem dotknąć jego ramienia poczułem przerażającą pustkę, która spowodowała, że odsunąłem dłoń.
-Hizumi, co się stało?- wyszeptałem tuż nad jego uchem, lecz odpowiedziała mi cisza.
-Hizumi?-znowu nic.
-Do jasnej cholery Hizumi czy ty mnie w ogóle słuchasz?!- wrzasnąłem kiedy po kolejnej próbie wokalista znowu nie odezwał się do mnie ani słowem. Wtedy w końcu się odezwał.
-Dai dlaczego?! Powiedz mi dlaczego?
-Ale co?!- nic nie rozumiałem z jego szlochów.
-Daisuke Ochida, dlaczego jesteś takim potwornym egoistą?!
-Ja?! Egoi...- chciałem zacząć się z nim kłócić, jednak on kontynuował, więc stwierdziłem, że najpierw wysłucham co ma mi do powiedzenia, a dopiero później go opierdolę.
-Ty wredny,mały skurwysynu, dlaczego tak potwornie zraniłeś nas wszystkich?! Czy zanim to zrobiłeś pomyślałeś choć przez chwilę o mnie, Kyo, albo chociażby o Kazie lub fanach?!  Czy na serio byłeś aż takim debilem i frajerem, żeby myśleć, że nikt Cię nie potrzebuje, nie kocha?! -Chwila... czy on powiedział BYŁEŚ?! Poza tym przecież ja tutaj cały czas jestem, nigdzie nie wyjechałem...- na skutek jego złów zrobiło mi się bardzo przykro, nadal nie ogarniałem sytuacji, jednak postanowiłem dalej słuchać monologu mężczyzny.- Przecież ty byłeś taki młody, bo przecież niecałe trzydzieści dwa lata, to nic. To dopiero początek prawdziwego życia. Owszem, wiedziałem że od zawsze miałeś problemy z sercem, wszyscy to wiedzieliśmy, ty również. Przecież to właśnie dlatego, byłeś, jaki byłeś. Cieszyłeś się życiem jak mogłeś i bez względu na konsekwencje, spełniałeś swoje marzenia. Więc powiedz mi, jeśli jeszcze w jakikolwiek sposób mnie słyszysz, po cholerę mieszałeś te jebane prochy z alkoholem?! To było celowe, czy zrobiłeś to ze zwykłej głupoty?! NIE! Nie wierzę, w żadną z tych opcji, bo byłeś zbyt mądrym facetem i za bardzo kochałeś to pieprzone życie, więc DLACZEGO?! Jesteś zwykłym tchórzem, imbecylem, frajerem, debilem, kretynem, mendą... JA PIERDOLĘ! Dai, przepraszam. Przepraszam, ale to dla mnie zbyt trudne. Bo nie wiem co teraz będzie. Nie wiem jak im o tym powiedzieć. Nie wiem jak świat zareaguje na wieść o tym zdarzeniu. - po policzkach wokalisty znów zaczęły spływać potoki łez. Sam też miałem ochotę się rozpłakać, ale nie mogłem. Wtedy też właśnie przypomniała pewna rzecz o której często rozmawiałem z Kyo. „Duchy osób zmarłych nie potrafią fizycznie płakać.”
Zrozumiałem co się stało i... TAK! CZYLI JEDNAK UDAŁO MI SIĘ.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Fucking nightmare or Sweet Dreams?! (Aoi x Kai)



„Hikarabita machi yase kogareta norainu oita hifu musaboru kodomo no mure
muryoku na ai no te wo sashinobeteru haritsuke no jyakusha wa itta.”

Nie! Błagam! Każdy tylko nie on!- moje myśli kłębiły się i zbijały w najczarniejsze scenariusze, kiedy w porannych wiadomościach usłyszałem, że bus koncertowy The GazettE rozbił się o drzewo i zginęła w nim jedna osoba, a reszta ranna trafiła do szpitala. Byłem roztrzęsiony. Mój mózg przepełniony informacjami i emocjami przestał pracować, tak więc podświadomie zabrałem ze stolika kluczyki i już chwilę później pędziłem podstarzałą Hondą w kierunku szpitala, do którego zostały przewiezione ofiary wypadku.
Drogę, która normalnie zajmowała pół godziny tym razem pokonywałem w zawrotnym tempie i już niecałe dziesięć minut później zahamowałem ostro z piskiem pod dużym białym budynkiem.
Nie bawiłem się nawet w prawidłowe parkowanie. Po prostu wyskoczyłem z samochodu i popędziłem ku głównemu wejściu. Kiedy wpadłem do środka od razu ruszyłem w kierunku rejestracji.
- Dzień dobry. W czym mogę panu służyć?- pielęgniarka siedząca za biurkiem patrzyła na mnie z przyklejonym do twarzy sztucznym uśmiechem. Była  obrzydliwie szczupła, na jej twarzy widniał okropnie jaskrawy makijaż, który skutecznie odwracał uwagę od jej połomiennorudych włosów oraz zapadniętych ze zmęczenia oczu. Kobieta ta na oko miała około czterdziestki.
- Wie pani może coś na temat osób przywiezionych z wypadku busa koncertowego zespołu The GazettE?- spytałem na jednym wydechu
- Kolejny jebany reporter! Wypierdalać mi stąd! Ale już!- kobieta zaczęła wrzeszczeć na mnie i wykonywać rękoma gesty jak by odganiała od siebie jakieś dzikie zwierzę.
- Żaden reporter, tylko przyjaciel…- zacząłem, jednak rudowłosa wtrąciła- tak, tak… ja znam  te wasze przyjaźnie! A później ludzie oskarżają szpitale o wycieki informacji…
- No dobrze… jak pani sobie chce.- powiedziałem zrezygnowany, a do moich oczu zaczęły napływać łzy.- ja mówię prawdę, ale skoro pani mi nie wierzy to sobie pójdę, tylko niech powie mi pani chociaż kto zginął. To dla mnie bardzo ważne.- patrząc kobiecie w oczy poczułem jak słone krople uwalniają się z pod moich powiek i pozostawiają mokre ścieżki na moich policzkach.
- No dobrze- pielęgniarka spojrzała na mnie z politowaniem- Tylko niech pan mi poda swoje nazwisko.
- Shiroyama. Yuu Shiroyama- odpowiedziałem cicho
 - No więc w wypadku zginął…
-Yutaka Uke ?!- przerwałem jej nie mogąc wytrzymać napięcia, które powstało.
-Panie! To pan wie lepiej ode mnie tak?!- zapytała rozłoszczona
-NIE!- krzyknąłem, jednak okazało się, że kobieta po prostu siliła się na ironię gdyż powiedziała- Nie, w wypadku nie zginął Yutaka Uke tylko Kouyou Takashima , a pan następnym razem jak będzie się o coś pytał, to niech pan nie przerywa.
-Dziękuję pani bardzo!- krzyknąłem i ucałowałem kobietę, a po moich policzkach zaczęła spływać kolejna fala łez. Tym razem łez ulgi.
-Nie ma się pan co cieszyć!- powiedziała oschle pielęgniarka odpychając mnie od siebie- ten pański Uke leży na oiomie w bardzo ciężkim stanie. Zaraz ma do niego przyjechać nażeczona, więc niech się pan pośpieszy, jeżeli nie chce pan narobić mu problemów małżeńskich. Sala 137, trzecie piętro po lewej.
- Dziękuję pani bardzo!- już miałem odejść rozradowany, jednak wróciłem się na chwilę żeby jeszcze zapytać o jedną intrygującą mnie rzecz.- O co pani chodzi z tym małżeństwem?
- A co Pan myśli?! Że ja ślepa jestem i nigdy zakochanego po uszy człowieka nie widziałam?! Bije od pana miłością do tego faceta na kilometr! Z resztą już wcześniej, jak przywieziono Pana Uke tutaj, ten szeptał tylko „Yuu. Yuu. Aoi. Powiedzcie mu, żeby się nie martwił. Powiedzcie, że go kochałem i zawsze będę kochać”. Ale ja tam się w te wasze pedalskie zagrywki nie mieszam, a teraz Pan będzie uprzejmy, ale muszę wypełnić karty pacjentów.- kobieta delikatnie próbowała mnie spławić.
W zasadzie rudowłosa pielęgniarka powiedziała mi wszystko co chciałem wiedzieć, tak więc bez słowa oddaliłem się w kierunku Sali w której leża mój ukochany Kai .
Kiedy wszedłem na oddział moje oczy  uderzyła fala niesamowicie białego światła bijącego z jarzeniówek. Do moich uszu natomiast dochodził dźwięk aparatury szpitalnej, który to tępo odbijał się w moim mózgu i wywoływał u mnie niemal fizyczny ból rozrywający mnie od środka.
Podszedłem do łóżka, na którym nieruchomo leżał mój przyjaciel, usiadłem obok niego i ująłem jego dłoń w swoją. Szczerze mówiąc miałem wyjebane, na to, czy Sue się o nas dowie czy nie. Teraz liczył się jedynie Kai , liczyło się to, żeby przeżył. Dopiero teraz tak naprawdę zdałem sobie sprawę z Tego, jak bardzo kochałem tego mężczyznę, jak bardzo byłem od niego uzależniony. On był moim powietrzem, bez niego nie było dla mnie miejsca na tym świecie. Bo czy widział ktoś, kiedyś człowieka, który potrafił by żyć bez powietrza? Mijały minuty, które dla mnie ciągnęły się jak godziny.  Wpatrywałem się w Kai’a błagając los, by mężczyzna w końcu się wybudził. Nagle poczułem, że poruszył palcami, po czym delikatnie otworzył oczy.
-Aoi- wyszeptał ledwo słyszalnie- pamiętaj, że zawsze, będę z Tobą skarbie. Nigdy Cię nie opuszczę. Będę Twoim Aniołem Stróżem Yuu.- kontynuował z trudem łapiąc oddech i przełykając ślinę.
- Kai co ty pieprzysz?! Jakim Aniołem Stróżem?! Przecież ty z tego wyjdziesz cało!- zacząłem szlochać czule głaszcząc mojego kochanka po policzku.- Obiecałeś, że się mną zaopiekujesz.

„God of death is calling me…
God of death sings the last song.”
-Obawiam się Aoi, że będę musiał złamać obietnicę.-zaczął, po czym kontynuował słabym głosem- kochanie, ja to po prostu czuję. Właśnie teraz nadszedł mój czas, śmierć wzywa mnie do siebie, Yuu.- po jego policzkach zaczęły spływać słone krople, głos cichł a on sam coraz słabiej trzymał moją dłoń.
-Nie! Błagam Kai! Ja Zrobię Wszystko co trzeba, tylko żyj!- spazmatyczny płacz sprawiał, że co raz trudniej było mi złapać oddech.
- Nic już nie da się zrobić Yuu. Ja umieram…odchodzę.- wyszeptał patrząc na mnie przez zapłakane oczy.- Jest tylko jedna rzecz, którą możesz teraz dla mnie zrobić.
-Jaka?! Zrobię wszystko co zechcesz- wyszeptałem przybliżając się do chłopaka.
- Pocałuj mnie.- szepnął.
Nie chciałem tego, wiedziałem jednak, że to musi nastąpić. Ostatni pocałunek, pocałunek śmierci. Ten czuły gest miał nas rozdzielić na wieki. Nachyliłem się nad mężczyzną i nakarmiłem swe nozdrza jego słodkim zapachem, po czym dotknąłem swoimi rozedrganymi wargami jego ust. Były miękkie, ciepłe i słone od łez. Yutaka odwzajemnił czułość po czym wyszeptał z uśmiechem na twarzy-Kocham Cię Aoi. Nie zdążyłem mu jednak nic odpowiedzieć. Jego głowa bezwładnie opadła na poduszki, a aparatura wydała z siebie jeden przeciągły dźwięk, dając znać, że mój ukochany odszedł do zaświatów. –Ja Ciebie też Kai. Ja Ciebie też…- powiedziałem do pustej Sali głośno szlochając.
- On na pewno o tym wiedział- poczułem na ramieniu czyjąś dłoń.
- Sue?!- spytałem zdziwiony- ale… ty o nas wiedziałaś?
-Tak. Widzisz, byłam nażeczoną Kai’a, ale przede wszystkim byłam jego przyjaciółką. Ufał mi na tyle, że gdy pojawiły się już pierwsze oznaki jego uczuć do Ciebie, od razu się do tego przyznał, a ja mu pomogłam. Pozostawaliśmy nażeczeństwem jedynie dla dobra zespołu.
„mou kore ijou oite ikanaide
"semete..."
sayonara wo nigiri nemuru watashi no
honokana netsu wo tabako no you ni keshite
kaeranai hibi wo aishita hito yo.”
-Ale…. – do moich oczu napłynęła kolejna, silniejsza fala łez.- Wybacz Sue, ale muszę iść…nie mogę… nie mogę- nie dokończając zdania jak najszybciej wybiegłem ze szpitala. Nie obchodził mnie krzywo zaparkowany wcześniej samochód, pragnąłem jednego… Znów usłyszeć radosny śmiech Kai’a, znów zobaczyć ten błysk w jego oczach, który zawsze towarzyszył mu podczas koncertów. Ale tego już nigdy miało nie być. Już nigdy miało nie być Yutaki Uke.
“Psyche toke dashi Frozen furue saki dasu Flower
Sensitivity sen kirete kurikaesu Split
Cold wind disappoints me
My nervous bad habit
The vicious circle doesn't stop”
Biegnąc ile sił w nogach nie zwracałem nawet uwagi na deszcz, który zaczął padać mieszając się z moimi łzami goryczy.  
Kiedy w końcu wpadłem do mieszkania jak najszybciej udałem się do łazienki w poszukiwaniu apteczki. Leki przeciwbólowe, leki antydepresyjne, amfetamina, którą kiedyś kupiłem „na czarną godzinę”. Zgarnąłem wszystko i udałem się do salonu. Wyciągnąłem z barku butelkę Jacka Dannielsa. Wyrzuciłem na stolik wszystkie nasze wspólne zdjęcia i puściłem film z naszymi cudownymi chwilami, który to Kai zmontował dla mnie jako prezent na Święta. Nasze ulubione piosenki, cudowne momenty z koncertów, żarty, zabawy, czas podróży, imprezy. Łzy spływały po moich policzkach w co raz to większych ilościach, a ja sam zacząłem karmić się preparatami farmakologicznymi, alkoholem i wspomnieniami. Wspomnieniami naszego chemicznego, jednak jakże cudownego romansu. Zacząłem żałować, że odszedłem z zespołu, że nie było mnie przy nim w ostatnich miesiącach jego życia. Czułem, że to ja powinienem być dzisiaj na jego miejscu. Wyszedłem z domu i popijając leki alkoholem skierowałem się w stronę mostu. Po moich policzkach cały czas płynęły łzy. Przeszedłem na drugą stronę barierki i jak gdyby nigdy nic skoczyłem.


***
-Aoi! Aoi! Aoi do cholery obudź się!- usłyszałem głos mojego ukochanego przez co zaniosłem się jeszcze głośniejszym szlochem. Zacząłem się wiercić i wtedy to się stało. Wszystko powoli zaczęło do mnie docierać. Kai tulił mnie do siebie jak dziecko tłumacząc, że to co miało miejsce przed chwilą, było tylko koszmarem, złym sen, który nie miał miejsca w rzeczywistości. Że podczas snu spadłem z łóżka i go tym obudziłem. – Kai- szepnąłem wtulając się w klatkę piersiową perkusisty. – Hai? Zapytał czule.
- Właściwie jak się tutaj znalazłeś?
- Dzisiaj w nocy zadzwonił do mnie Miyavi i powiedział, że jesteś u niego zalany i z gorączką. Powiedział, że po pijaku siedziałeś kilka godzin na śniegu przy fontannie w parku i zgarnął Cię stamtąd, bo byś zamarzł na śmierć. Aoi, martwiłem się o Ciebie.
- Kai, ja naprawdę… -aaaapsik!- nie wiem co ja mam robić. Czuję się taki bezradny.
- Wobec czego?- zapytał zmartwiony.
- Wobec wszystkiego. Nie wiem czego chcę. Nie wiem co mam robić. Zastanawia mnie co tutaj robisz, skoro się pokłóciliśmy i zwyzywałem Cię od najgorszych. Dlaczego nie potrafię wyjawić Ci prawdy. Dlaczego…- Ciiii- mężczyzna nie pozwolił mi dokończyć, przytykając swój palec do moich ust.- Powoli, za dużo pytań na raz. Zacznijmy po kolei. Odpowiem na te, które zadałeś, a dopiero później zdecydujesz, czy chcesz pytać dalej. Czego chcesz? Nie wiem, czego chcesz, ale wiem, że na pewno nie chcesz odchodzić z zespołu. Co tutaj robię? Próbuję Cię uspokoić. Co do prawdy, to może dlatego, że za bardzo Ci na mnie zależy. A z tym co masz robić to sam wiesz co powinieneś teraz zrobić.- Powiedziałeś z szelmowskim uśmiechem na twarzy, po czym musnąłeś moje usta swoimi.- Nadal chcesz atakować mnie seriami pytań?- spytałeś wrednym głosem
-Oh pierdol się Kai!
- Z Tobą zawsze i wszędzie Aoi!
-Że co?!
- Gówno!
-Kai?!
-Tak, tak Aoi! Ja Ciebie też kocham!
- Ej.. ale teraz, to ty tak na poważnie?
-A jak myślisz filozofie?
- Nie wiem, ale ja Ciebie tak.
- Ale, że co tak?
- No kocham Cię.
- Ummm… w końcu.
- Co w końcu?!
- Tak trudno było to powiedzieć?
-Ale co?
- Kocham Cię. Czekałem na to yyy…. Om dość dłuuuugo!
-Że Co?!
„Sungeki zecchou no saijoukai
Sugu soko de waratte ruyoude”
-Oj Aoi! Weź już nie pirdul i choć się całować.- po tych słowach delikatnie wpiłeś się w moje usta. Naszym czułościom nie było końca. Po chwili zszedłeś ustami na moją szyję, by zaraz zdjąć ze mnie koszulkę i obsypać pocałunkami moje obojczyki, klatkę piersiową, brzuch. Nasze rozpalone ciała, czuły dotyk, przyśpieszone oddechy. Delikatnie wszedłeś we mnie. Obchodziłeś się z moim ciałem w niesamowity sposób. Oddawałeś mu najwyższą cześć i pożądanie. Twoje ruchy były spokojne niczym ruch fal na oceanie. Kiedy przyzwyczaiłem się już do Twojej obecności we mnie przyśpieszyłeś. Każdy Twój ruch sprawiał mi coraz większą rozkosz.
“The beautiful devil on the bed
Tempt me by masturbation
The beautiful devil on the bed
Let's have sex in darkness.”
Namiętny seks. NIE! To nie był zwykły seks, to była Namiętna Miłość. Tak kochaliśmy się, a nie zaspakajaliśmy. Zacząłem krzyczeć Twoje imię, na co Ty zagłuszyłeś mnie namiętnym pocałunkiem. Doszliśmy w tym samym momencie. Ty We mnie, a ja na Twój brzuch. Położyłeś się obok, a ja się w Ciebie wtuliłem.
- Kai?- zacząłem niepewnie jak małe dziecko.
-hmmm Aoi- Chan?
- Powtórzymy to jeszcze kiedyś?
- Hai, pod warunkiem, że mi coś obiecasz.
- yhy?
- Zostaniesz w zespole.
- Dobrze. A ty zostaniesz przy mnie?
- Oczywiście, że tak. W końcu Cię Kocham, więc raczej nie mam wyjścia kochanie.- zaśmiałeś się, po czym znowu mnie pocałowałeś.


niedziela, 6 listopada 2011

...on mnie nie kochał, on tylko potrzebował mojego ciała (Maya x Aiji)


Z dedykacją dla Pauliny, dla której szykuję 2Mina <3

-Zostaw mnie Shinji! Nie Chcę Cię więcej widzieć! Wypierdalaj stąd i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy!- wrzeszczałem jak opętany, płacząc. Rzuciłem w Ciebie porcelanowym wazonem, jednak w ostatnim momencie zrobiłeś unik przez co naczynie rozbiło się o ścianę.- Nienawidzę Ci! Miałeś być moim przyjacielem, bratem ostoją! Miałeś mi pomagać i troszczyć się o mnie, a spieprzyłeś mi życie!  Przez Ciebie mój świat się zawalił! I teraz się Ciebie pytam: JAK MOGŁEŚ?! Jak mogłeś mi to zrobić?! Doskonale przecież wiesz, że ja go kochałem, a i tak sprawiłeś, że mnie zostawił. Nasze rozstanie kosztowało mnie też posadę w zespole, tak więc gratuluję Ci Mizui! Przez Ciebie straciłem i miłość i pracę! Ty idioto! SPIEPRZYŁEŚ!- krzyczałem, bijąc pięściami w Twoją klatkę piersiową.
- Masahito błagam Cię, uspokój się.- poprosiłeś starając się przytrzymać mnie za ramiona, jednak nie dałeś mi mi rady, gdyż w ataku złości wyrwałem Ci się dalej okładając pięściami Twój tors- Powiedz mi. Powiedz mi, co mu naopowiadałeś?! Jakie okropności wymyśliłeś, że Miyavi mnie zostawił?!- moim łzom i agresji nie było końca. Po chwili mocowania się w ciszy przerywanej moim szlochem, straciłem jednak siłę, tak, że wykorzystałeś  to i mocno przytuliłeś mnie do siebie, zatapiając twarz w moich włosach.
-Takamasa zapytał mnie czemu nie powiedziałem Ci o jego romansie z Melody i o tym, że przyłapałem ich na gorącym uczynku.- wyszeptałeś niepewnie, jakbyś się bał, że to mnie zabije.
-CO?! Ty chuju, dlaczego mi…- zacząłem się wyrywać, jednak przerwałeś mi mówiąc- Nie mówiłem Ci, bo Cię do cholery KOCHAM i chciałem, żebyś był szczęśliwy. Nie potrafiłem Ci powiedzieć, kiedy widziałem jak wracałeś nad ranem radosny i szczebiotałeś o waszej miłości. Dokładnie to samo powiedziałem Miyaviemu.- odpowiedziałeś, po czym czule mnie pocałowałeś.
Ilość uczucia, którą włożyłeś w ten pocałunek sprawiła, że zrozumiałem dlaczego Takamasa mnie zostawił. W porównaniu do Ciebie, on mnie nie kochał, tylko potrzebował mojego ciała. O tak. On tylko się mną zaspakajał. Każde nasze spotkanie kończyło się przecież dzikim, nie zawsze przeze mnie chcianym seksem. Nie. Miyavi mnie nie zmuszał, sam się dla niego zmuszałem, aczkolwiek mimo wszystko… Uświadomiłeś mi, czego od zawsze brakowało mi w moich związkach. Dałeś mi to. W tym momencie dałeś mi szczerą, bezinteresowną miłość, czułość, ciepło. Nigdy wcześniej nie zaznałem tych uczuć. Nigdy wcześniej nikt nie ofiarował mi siebie i swojego serca. To ja zawsze dawałem całego siebie, a inni tylko brali.
Po dość długiej wymianie czułych pocałunków wtuliłem się w Twoją szyję i czując, że moje policzki znów stają się mokre od łez cicho wyszeptałem- Arigato Shinji.
- Nie masz mi za co dziękować potworku. Ja zostałem stworzony do tego, by cię kochać i uczynić Ci raj na ziemi.- odpowiedziałeś siadając na kanapie, sadzając mnie na swoich kolanach i mocno przytulając.
Nie wiedziałem jak Ci podziękować za to, że przy mnie jesteś, więc po prostu wpiłem się w Twoje usta, chcąc tym samym wyrazić chęć odwzajemnienia Twoich uczuć.
Wiedziałem, że droga, którą wybraliśmy nie będzie łatwa, jednak poczułem cholerne szczęście, które rozpierało mnie całego. Uśmiechnąłem się błogo, na co zareagowałeś przerywając pocałunek i pytając- Co się dzieje potworku?
-Nic, tylko właśnie zdałem sobie sprawę, że od dawna Cię kochałem, tylko o tym nie wiedziałem.
Tak Shinji, kocham Cię i nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie.
-Cieszę się- uśmiechnąłeś się, a twoje oczy zabłyszczały radośnie
Przytuliłem się do Ciebie i obaj zasnęliśmy, zmęczeni zbyt dużą dawką emocji.

piątek, 7 października 2011

Happy B-Day Key, I Love You!

 Happy B-Day Key, I Love You!
~~Z pozdrowieniami dla (Magdy) Grey, (Agi) Ryiunke i Pauliny...a! no i jeszcze dla Patrycji, dzięki której Shineeholic zaczęłą przygodę z K-POP'em.~~

Deszczowy, wrześniowy wieczór. Dochodzi północ. Siedzę w swoim nowym, pustym mieszkaniu. Sam na sam z wypełnioną już tylko do połowy butelką Soju. Już tylko kilka minut. Za kilka minut będę miał dwadzieścia lat. Nienawidzę tego! Nienawidzę święta, zwanego urodzinami. Z czego się tutaj cieszyć?! Że człowiek jest o rok starszy? O rok bliżej do śmierci. O rok dłużej cierpi. Tak. Cierpię. Cierpię z powodu miłości. Niespełnionej. Takiej co to nigdy nie powinna mieć miejsca. Z rozmyślań o moim beznadziejnym położeniu życiowym wyrywa mnie dźwięk dzwonka. Trzy krótkie, przerywane sygnały. Teraz pukanie do drzwi. Idąc w ich stronę słyszę jak w końcu wybija północ. Otwieram je. Widok osoby stojącej po drugiej stronie sprawia, że zaczynam się słaniać na nogach. Jest w okropnym stanie. Jest bosy. W poszarpanych spodniach. Cały przemoknięty. Dookoła ręki ma zawinięty, zakrwawiony bandaż. Pachnie papierosami, tanią wódką i….mną. Dlaczego on do cholery pachnie mną?! Ach. No tak. Ostatnio zostawiłem u niego bluzę i teraz ma ją na sobie. Płacze. W jego oczach widzę ból. Cholerny ból. Tępy i przenikliwy. Nie mogę znieść tego widoku. Wpuszczając go do środka czuję jak po moich policzkach zaczynają spływać słone krople. Chcę go przytulić. Obronić przed całym złem planety zwanej Ziemią. Czemu nie użyję określenia Świat? Bo na Świat składa się coś więcej niż tylko rzeczy czy osoby materialne. Dusza. Uczucia. Emocje. On jest moim całym, jebanym Światem. Do którego w zasadzie nie mam wstępu. Ale tylko dla niego żyję. Dla niego pamiętam, żeby oddychać. Prowadzę go do salonu. Sadzam na kanapie. Błagam, żeby się uspokoił. Kiedy mija jeden z ataków szlochu zostawiam go samego. Tylko na chwilę, żeby zaparzyć herbatę. Po kilku minutach wracam do salonu z dwoma parującymi kubkami. Stawiam je na stoliku. Patrzę na niego. Siedzi na podłodze oparty o kanapę. Obejmując kolana ramionami usilnie stara się je wgnieść w swoją klatkę piersiową. Znowu szlocha dławiąc się łzami. Siadam obok niego. Obejmuję go. On wtula się w moją szyję łapczywie wdychając mój zapach. Robię to samo zatapiając twarz w jego włosach. Zaczynam go głaskać po plecach. Uspokaja się. W końcu możemy porozmawiać. Chociaż w zasadzie słowa są zbędne. Wiem dokładnie co mu dolega. Mimo słusznych przypuszczeń pytam go „Co się stało?!”.
Kiedy z jego cudownych ust padają pierwsze słowa już wiem, że miałem rację. Ta głupia dziwka go zostawiła. Jednak nie… Myliłem się. To on ją zostawił?! „Ale dlaczego”!? Pytam ze zdziwieniem. Jego odpowiedź całkowicie mnie szokuje. „Bo kurwa, zajebiście Cię kocham. Wszystkiego Najlepszego z okazji urodzin Key” Czuję radość. Ciepło. Chwila! Jego usta na moich. Jego przyśpieszony, ciepły oddech na mojej twarzy. To tylko sen. Nie! To AŻ spełniony sen. Spełnione marzenie. Chwila na którą czekałem od ponad trzech lat. Odwzajemniam pocałunek. Teraz on jest tylko mój. Mój Jonghyun ! Głupek nawet nie wie jak kurewsko go kocham. Moja Miłość pogłębia pocałunek i przesuwa dłonią wzdłuż mojego brzucha, aż do rozporka. Rozpina go i powoli, bardzo powoli sprawia, że staję się nagi. Nie jestem mu dłużny. Odwzajemniam się tym samym. Czuję bijące od niego ciepło. Jego usta na mojej szyi schodzące coraz niżej po przez obojczyk i mostek aż do pępka. Czuję nieopisaną ekscytację. Przerywam serię delikatnych pocałunków, które Jong składa mi wzdłuż kości policzkowych. Wstaję. Wyciągam do niego rękę. On ją chwyta i posłusznie idzie za mną. Po chwili znajdujemy się już w mojej sypialni. Obaj łagodnie opadamy na łóżko, które lekko ugina się pod ciężarem naszych rozgrzanych ciał. Dotykam. Całuję. Pieszczę. Przygryzam Płatek ucha. Teraz on dotyka. Całuje. Pieści. Dwa rozgrzane ciała przepełnione na wyrost nieposkromioną miłością, namiętnością i radością. On jest ze mną. Na mnie. We mnie. Wydaję z siebie cichy pomruk zadowolenia. Jedyne słowo jakie potrafię wypowiedzieć w tym momencie. Jong. Jong. Jong. Jo…..ng. Jong porusza się we mnie na przemian szybko, gwałtownie i powoli z czułością. Kocham Go! Chcę, żeby był zawsze przy mnie. We mnie. Ze mną. Tylko mój. Nasze języki znów zaczynają dziki taniec namiętności. Uczucie spełnienia wypełnia nas co raz bardziej, aż w końcu nasza namiętna miłość osiąga apogeum. Z ust Jong’a padają dwa słowa „Kocham Cię”. Leżę w jego ramionach. To najlepsze urodziny w moim życiu. Jutro trzeba przygotować imprezę. Dobranoc. Zasypiam wtulony w Jonghyun’a, z uśmiechem na ustach. Jestem najszczęśliwszym dwudziestolatkiem na Ziemi!